A+ A A-


Wbrew powszechnej opinii, obie firmy udostępniają informację o składzie owej mieszanki. Ogólną znaleźć można w sieci, szczegółową zna zawsze nadzór górniczy. Nie ma w niej niczego nadzwyczajnego: 95% wody, 4,5% piasku i 0,5% związków chemicznych. Wszystkie używane w gospodarstwach domowych i przemyśle spożywczym. Żadnych niebezpiecznie toksycznych w tym stężeniu. Dowód? Najprostszy z możliwych. Proszę przyjrzeć się operatorom maszyn na wiertni, najbardziej narażonym na kontakt z potencjalną trucizną. Takie zdjęcia pokazuje często telewizja. Czy noszą maski i specjalne kombinezony przeciwchemiczne?

lubocino robotnicy900Operatorzy maszyn na wiertni w Lubocinie. Arch. PGNiG

Tajemnicze łupki

Skoro metan jest obojętny dla zdrowia ludzi i zwierząt, a płyny szczelinujące nie są bardziej toksyczne niż mieszaniny używane do tej pory w wiertnictwie, to gdzie leży przyczyna panicznego strachu przed eksploatacją gazu łupkowego? Może coś groźnego czai się w samych łupkach gazonośnych? Aby to sprawdzić, udajmy się na jeszcze jedną wycieczkę – tym razem w Góry Świętokrzyskie.

Ciemne, bogate w materię organiczną łupki dolnego paleozoiku, tak tropione przez poszukiwaczy gazu łupkowego, znaleźć tu można na powierzchni ziemi, a nie na głębokości kilku kilometrów. Klasyczne odsłonięcie to wąwóz Prągowiec (nazywany też Pągowiec) w południowej części Gór Świętokrzyskich. Dostać się tam najłatwiej z Łagowa (37 km na wschód od Kielc), kierując się na Raków drogą nr 756, z której skręcić trzeba do wsi Bardo, a dalej na północny zachód – najlepiej pieszo – w kierunku niewysokiej góry Ryj. W jej zachodnim zboczu otwiera się trudno dostępny, zarośnięty parów o długości ok. 400 metrów. Na jego ścianach prześledzić można pełny profil środkowych ogniw syluru – wenloku i ludlowu – wykształconych w postaci ciemnych łupków organogenicznych, identycznych jak te, które są przedmiotem poszukiwań na Pomorzu czy Lubelszczyźnie.

Wycieczka może być interesująca nawet dla osób niezbyt pasjonujących się historią Ziemi, albowiem w ciemnych płytkach sypiących się ze zboczy, bez trudu można znaleźć pięknie zachowane skamieniałości, w sam raz do domowej kolekcji: liczne witkowate odciski graptolitów, czasami trylobity, małże, liliowce i łodziki.

Takich miejsc jest w Górach Świętokrzyskich znacznie więcej – łupki paleozoiku występują tu powszechnie. Ponieważ są stosunkowo mało odporne na erozję, to najczęściej w strefie ich wychodni rozwinięte są doliny i wąwozy. Ich dnem zazwyczaj płyną potoki, zasilające z kolei rzeki. Z tych wód korzystają ludzie i zwierzęta, nikt jednak nie zauważył, by obecność czarnych łupków źle wpływała na zdrowie. Jakość wód powierzchniowych jest tu mniej więcej taka sama, jak w całej reszcie kraju, ponieważ łupki nie odznaczają się żadnymi nadzwyczajnymi cechami – ani złowrogą chemią, ani szczególną radioaktywnością. Niestety gazu też w nich nie ma, bo wyniesione zostały zbyt blisko powierzchni ziemi.

Zatrute wody

Mimo oczywistych dowodów wciąż utrzymuje się przekonanie, że gaz ziemny i płyny wtłaczane pod powierzchnię ziemi mogą wydostać się poprzez sieć szczelin i zanieczyścić użytkowe poziomy wodonośne. Skąd ono wynika? Wydaje się, że głównym powodem jest brak wyobraźni – geologicznej, można by rzec. Powszechne jest mniemanie, że skały na głębokości występowania gazu łupkowego (w Polsce 2,5–4 km), mają te same cechy co skały na powierzchni ziemi. Lekceważy się zupełnie gigantyczny ciężar nadkładu i temperaturę, które w istotny sposób zmieniają ich właściwości. Na tych głębokościach nie ma już żadnych otwartych szczelin, nawet w obrębie uskoków, a wszystkie próżnie i pory skalne ulegają zaciśnięciu. Ani gaz, ani woda nie są w stanie przedostać się przez tak sprasowane masy skalne na powierzchnię ziemi. W polskich warunkach dodatkową warstwą izolującą są pokłady soli, która na głębokości kilku kilometrów ma właściwości plastycznej masy uszczelniającej. Nie ma najmniejszych szans, by coś się przedostało przez taki ekran.

Dowód? Bardzo prosty. Na Niżu Polskim od lat poszukuje się (z dobrymi skutkami) zwykłych złóż gazu ziemnego, występujących na głębokości ponad 1500 m. Gdyby gaz penetrował warstwy nadkładu, nawet w minimalnych ilościach, to poszukiwacze mieliby komfortową sytuację: zamiast wiercić kosztowne otwory, mogliby z czułym detektorem oblecieć teren i bingo! – złoże zlokalizowane. Niestety, tak nie jest. Trzeba wiercić...

Kamienie szlachetne